O autorze
Pasjonują mnie nauki humanistyczne, zwłaszcza filozofia i socjologia. Wyznaję filozofię życia na tak, konstruktywnego i optymistycznego. Jestem liberałem i katolikiem, ale nie lubię słowa konserwatyzm.

Operacja Elżbieta, czyli polska wersja Miedwiediewa

Polityki wizerunkowe powoli się zużywają. W tym kontekście niewątpliwie niefortunna wypowiedź wicepremier Elżbiet Bieńkowskiej powinna stanowić asumpt do głębszego zastanowienia nad przepozycjonowaniem polityki uprawianej przez rząd.

Niewykluczone, że PO postawi na subtelniejszy wariant realizowania polityki w istocie wizerunkowej, ale pozornie i na pierwszy rzut oka, pozbawionej cech wizerunkowych, której ikoną może stać się właśnie, Bieńkowska.



W 2005 r. na scenę amfiteatru sopockiego wyszła Marta Wiśniewska z domu Mandarynkiewicz, nazywana popularnie przez sympatyków „Mandaryną”. Wcześniej występ celebrytki media awizowały jako swoiste wejście smoka, narodziny gwiazdy, odkrycie talentu. Efekt był zatrważający: na własne życzenie „Mandaryna skompromitowała się, wprawiając publiczność w konsternację. Nie chciałbym wchodzić w aluzje dotyczące urody, ale skądinąd pomiędzy obydwiema Paniami (świeżo upieczoną wicepremier oraz „Mandaryną) widzę drobne podobieństwo (wizerunkowe).

W tego typu sytuacjach trenerzy piłkarscy przywołują stare piłkarskie porzekadło: „trawa wszystko zweryfikuje”. W muzyce czy w sporcie łatwo poznać się na człowieku, deficyt talentu, brak odpowiednich predyspozycji, luki w wyszkoleniu, szybko zostaną zauważone (wszystko wychodzi w praniu); w polityce paradoksalnie mogą stanowić atut, paliwo dzięki któremu osoby, mówiąc najoględniej, – przeciętne, będą się wspinać na szczyty kariery politycznej. Syndrom Dyzmy nadal obowiązuje, szczere oraz autentyczne niedostatki w obyciu, przez establishment mogą zostać poczytane jako finezja.

Na czym polega fenomen Bieńkowskiej? Na przestrzeni kilku miesięcy to już druga gafa w kontaktach z mediami, pierwsza dotyczyła „mrożonych kibli”. Swoją drogą: wicepremier komunikuje się ze społeczeństwem za pomocą dość „wyszukanego”, oryginalnego języka: nawet słowo „sorry”, abstrahując od proweniencji etymologicznej czy słownikowej, a koncentrując się na aspekcie czysto semantycznym, brzmi niczym przekleństwo, zyskując treść co najmniej nieparlamentarną. Czy wysokiemu funkcjonariuszowi polskiego rządu wypada używać dialektu młodzieżowego, wyposażonego w angielskie naloty?

Sedna problemu dotknął ekspert od wizerunku, Eryk Mistewicz. W TVN24, w programie Fakty po faktach (z 21 stycznia 2014 r.) powiedział: Bieńkowska jest rewelacyjna merytorycznie, ale fatalna wizerunkowo. Mistewicz nieco uprościł zagadnienie, w rzeczywistości sytuacja może być bardziej złożona.

Skąd bierze się przekonanie części analityków oraz przytłaczającej większości dziennikarzy o merytorycznych walorach Bieńkowskiej? Zaraz po tym jak w wyniku rekonstrukcji została powołana na stanowisko wicepremiera, media pisały pretensjonalnie coś mniej więcej takiego: „nasza premiera, Elżbieta I”, itd.
W tym punkcie pies jest pogrzebany. Przed momentem nowego rządowego otwarcia Bieńkowska długo korzystała z nieobecności, wycofanie na dalszy plan w polityce postrzegane jest zazwyczaj jako walor, niebyt czasami daje bonusy, może być „paliwem”, jednak teraz taryfa ulgowa skończyła się; dobrą prasę wicepremier będzie musiała potwierdzić konkretnymi efektami.

Z tym wiąże się zagrożenie syndromem przereklamowania. Nierzadko oceniamy kogoś dobrze, w wyniku braku wiedzy o realnych dokonaniach konkretnego człowieka, na zasadzie kredytu zaufania udzielonego na zapas, apriorycznego domniemanie dobrej wiary albo subiektywnego nastawienia: „tak bo tak”; ale zderzenie z rzeczywistością może okazać się szokiem, często nasze wyobrażenia daleko odbiegają od prawdy obiektywnej.

Niemiecki socjolog Ulrich Beck uważa, że współcześnie polityka rozszerza swoje granice w głębszym znaczeniu polityczności, obejmując tereny nowe wyłania się na obszarach uznawanych do tej pory za niepolityczne, i nadal chciałaby się jawić jako coś pozornie niepolitycznego. Stanowi to wyzwania dla nowych marketingowych taktyk: łatwiej jest dotrzeć do społeczeństwa za pomocą komunikatów niepolitycznych.

W tym miejscu otwiera się przestrzeń na inne gry polityczne, niż te które były prowadzone do tej pory. Nowa koncepcja marketingowa PO może polegać właśnie na tym, iż zaimplementowane zostaną kampanie kreowania wizerunku poprzez działania pozornie niewizerunkowe. Niewykluczone, że jest to część szerszej taktyki realizowanej pod kryptonimem „Elżbieta”.

Bieńkowska mimo wyraźnych politycznych i medialnych mankamentów w obyciu, posiada coś co można określić mianem potencjału miłości politycznej, wyborcy mogą ją pokochać, paradoksalnie, właśnie za to, że jest pozapolityczna; mówi do ludzi ludzkim głosem, nie tylko w wigilię, ale codziennie; porozumiewa się z nimi zrozumiałym językiem. Wszelkie błędy, niedociągnięcia, braki, niedyspozycje, nawet najbardziej niefortunne wypowiedzi czy gafy, będą jej wybaczane; więcej, – mogą być interpretowane na korzyść premier. Wśród polityków największe poparcie osiągnie ten, który bardziej będzie się jawił jako człowiek niż polityk; i nie będzie w tym sztuczny.
Gdybym miał doradzać premierowi Tuskowi taktykę polityczną na najbliższe lata, podpowiadałbym wariant doraźnego, pozornego wycofania jego osoby na pola drugoplanowe, natomiast obsadzenia Bieńkowskiej w roli premiera, kogoś na wzór: może nie żelaznej, ale np. diamentowej damy. PO z Tuskiem na pozycji premiera prawdopodobnie napotka na trudności z pokonaniem PiS; gdy zaś na czele rządu stanie Bieńkowska, Platforma zdobędzie samodzielną większość: największe przewagi oraz zasoby leżą w obszarach pozapolitycznych, do których najlepiej, mimo braku typowych kompetencji politycznych lub właśnie dzięki temu, dotrze Bieńkowska. Tusk, Kaczyński, Miller, czy Palikot nie mają szans na optymalne wykorzystanie atutów. „Gdzie diabeł nie może, kobietę posyła”.

Tusk powinien rozpisać swoją strategię na kolejne 16 lat, do roku 2030. Zwolnić miejsce Bieńkowskiej, chwilowo zejść do „szatni”, poczekać aż Komorowski odfajkuje drugą kadencję na stanowisku prezydenta, przeforsować przez parlament zmiany konstytucyjne, zamienić pałac i żyrandol w realne, sile prerogatywy wykonawcze, a następnie ubiegać się o funkcję głowy państwa.

Jeżeli jest politykiem wybitnym, zdolnym do strategicznego myślenia, tak właśnie zrobi.

Roman Mańka
Trwa ładowanie komentarzy...