O autorze
Pasjonują mnie nauki humanistyczne, zwłaszcza filozofia i socjologia. Wyznaję filozofię życia na tak, konstruktywnego i optymistycznego. Jestem liberałem i katolikiem, ale nie lubię słowa konserwatyzm.

Prawica zjada lewicę

Koniec historii Francisa Fukuyamy można rozumieć również w ten sposób, że lewica przegrywając spor o charakterze ekonomicznym, przeszła na obszary kulturowe, szukając dla siebie nowej korzystnej polaryzacji. W aspekcie gospodarczym m.in. premier Wielkiej Brytanii, Tony Blair, przesunął lewicę na pozycje bardziej centrowe: odwracając kolejność priorytetów: najpierw trzeba wytworzyć, dopiero później podzielić. Mimo przepozycjonowania współczesne formacje lewicowe niechętnie wchodzą w dyskusje natury gospodarczej, wolą tematykę światopoglądową.

W coraz większym stopniu dzisiejszy podział na lewicę i prawicę zaczyna wpadać w, – sformułowaną na początku lat 90., w opozycji właśnie do Fukuyamy, – diagnozę Samuela Huntingtona, przedstawioną w publikacji pt. Zderzenie cywilizacji. Nie spory o proweniencji politycznej czy ekonomicznej miały dominować w przyszłości, patrząc z perspektywy autora, lecz różnice kulturowe, religijne, itp. Krótko mówiąc, współczesny konflikt pomiędzy lewicą a prawicą ma charakter cywilizacyjny, i w dużym stopniu determinowany jest parametrami kulturowymi. Paradygmat Huntingtona, choć dotyka poziomu stosunków międzynarodowych, przestrzeni globalnych, jednak dobrze opisuje również istotę podziałów politycznych, w rozumieniu sceny politycznej; można go także stosować do interpretowania polityki sensu stricte partyjnej.

Gra interesów

Z tym wiąże się coś, co można nazwać rozwarstwieniem lewicy. Patrząc na lewicę dostrzegamy pewien dysonans, – paralelność wymiarów; mamy dwie lewice: socjalną, w większym stopniu akcentującą kwestie gospodarcze czy, używając innego słowa, redystrybucyjne; oraz kulturową (światopoglądową), kładącą nacisk i uwypuklającą problemy kulturowe. Każda z tych lewic odwołuje się w gruncie rzeczy do postulatów emancypacyjnych, jednak zorientowanych na inne dobra oraz dotykające różnych obszarów.
Czynnikiem który dzieli lewicę jest gra interesów, pociągająca za sobą zjawisko rozproszenia lewicowych elektoratów. Gdyby nie to, ugrupowania lewicowe już dawno zdobyłyby władzę w Polsce tudzież innych państwach Europy, bo zaplecze społeczne które stoi za lewicą, rozumianą w sensie holistycznym, jako całość, jest szerokie.
Tymczasem w polityce interesy ważniejsze są od emocji. Dlatego niezwykle trudno będzie lewicę skleić, gdyż istotę konfliktu stanowią elementy pochodzenia strukturalnego. Mamy lewicę socjalną, reprezentatywną dla uboższej części społeczeństwa; a także kulturową, skupiającą ludzi bardzo bogatych. W tym punkcie pojawia się drugi dysonans poznawczy: pierwsi wrażliwi są na akcenty konserwatywne, osoby dotknięte biedą deklarują przywiązanie do tradycji i religii, zachowują się w sposób bardziej zachowawczy; drudzy reagują pozytywnie na modernizm, wszelkiego rodzaju akcenty nowoczesności, oraz aksjomaty wolnościowe.

Niekonsekwencja sięgająca hipokryzji

Pojawia się problem wiarygodności. Lewica kulturowa nie jest wiarygodna sama przez się, w rozumieniu tradycyjnych definicji oraz cech konstytutywnych; jej werbalna lewicowość jest intelektualnym nieporozumieniem, czymś z politologicznego punktu widzenia, niespójnym. Z kolei lewica socjalna, której strukturalną egzemplifikacją jest w Polsce SLD, zachowuje się niekonsekwentnie: raz po raz romansuje z Kościołem, toleruje korzystne dla prawicy kompromisy aborcyjne, wycina mniejszości seksualne z list wyborczych (co miało miejsce przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi w 2011 r.). Dzieje się tak dlatego, bo SLD jest, jakkolwiek absurdalnie ta teza nie zabrzmi, formacją w gruncie rzeczy konserwatywną; jej kadry, zwłaszcza zawieszone na dole, na terenie Polskie powiatowej, wrażliwe są na bodźce konserwatywne. I tu jest pies pogrzebany.
Oto przykład: w wyniku ostatnich wyborów municypalnych w mieście Kole (woj. wielkopolskie), SLD zdobyło sześć mandatów radnych, jest tam największą frakcją samorządową; podczas inauguracyjnej sesji rady miasta i ślubowania, wszyscy reprezentanci klubu „Lewica”, dodali do roty przysięgi, słowa: „tak mi dopomóż Bóg!”.
Podobny problem wiarygodności ma Janusz Palikot. Nie może być poważnie traktowany polityk, który, w zależności od politycznej koniunktury, wydaje ultraprawicowe czasopisma, powołuje w Sejmie na świadka Pana Boga, zaś innym razem dokonuje spektakularnego aktu apostazji. Wyborcy zauważają tę niekonsekwencję.

Powrót do przeszłości

W ostatnich latach SLD, podobnie jak PiS, zamknęło się w oblężonej twierdzy. Widząc odpływ elektoratu wolnościowego w kierunku PO, co jest efektem wyborczego pragmatyzmu, oceny prawdopodobieństwa skuteczności głosu oddanego przeciw PiS, partia pod kierownictwem Leszka Millera odwołuje się jedynie do aparatu postkomunistycznego oraz jego pochodnych. W ten sposób strukturalne pole wyborcze SLD zostaje zawężone.
W Polsce istnieją dwie formacje które dysponują tzw. żelaznym, cechującym się dużym stopniem mobilności politycznej elektoratem: PiS i SLD; w obydwu przypadkach są to populacje postkomunistyczne, doorientowujące się wobec czynnika który można nazwać, – nostalgią za PRL.
Konserwując aparat, SLD zamyka się na ludzi młodych, myślących kategoriami wolnościowymi oraz modernistycznymi; ignoruje osoby nie pamiętające czasów PRL a nawet, początków, SLD w latach 90.; Miller nie ma pomysłu na tę populację i sam, z racji choćby wieku oraz biografii, nie jest w stanie do niej trafić, z atrakcyjnym przekazem. Biorąc pod uwagę młodzież, chyba lepsze kart w ręku trzyma Palikot. Sojusz przegra na Millerze.
Zmiany pokoleniowe które miały miejsce w pierwszej dekadzie trzeciego tysiąclecia okazały się niekorzystne dla SLD. Młodzi nie tęsknią za PRL-em. Okres ten poznali nie na zasadzie doświadczenia bezpośredniego lecz pośredniego doświadczenia przekazanego przez podręczniki szkolne, a tam PRL został przedstawiony, tak jak na to zasługuje, – krytycznie. SLD nie znalazło sposobu na odcięcie się od przeszłości, to stanowi kolejną rysę na wiarygodności.

Odwrócenie biegunów

Ostatnim czynnikiem blokującym lewicę w dojściu do zadawalającego, z jej perspektywy, rezultatu wyborczego, są prawicowe substytuty lewicy. Społeczne zaplecze lewicy konsumują (zjadają) w jakiejś mierze formacje centroprawicowe i prawicowe. Analogicznie jak za czasów Blaira, lewica przesunęła się w kierunku centrum, tak teraz prawica w Polsce weszła na pozycje lewicowe: PiS w wymiarze społecznym; PO w aspekcie kulturowym a także systemowym, również przejęła funkcje lewicy.
Jest to klasyczne zdobywanie poparcia wyborczego poprzez podział. W roku 2005, PiS ukształtował korzystną dla siebie polaryzację polityczną, w oparciu o zdefiniowany konflikt interesów społeczno-ekonomicznych: Polska liberalna, Polska solidarna. Paradoksalnie w następnych latach ta formuła zadziałała na niekorzyść partii Kaczyńskiego, gdy warunki oraz parametry gospodarcze znacząco poprawiły się, ta dychotomia przestała działać na rzecz PiS; wtedy PO sięgnęło po inny, tym razem korzystny dla siebie podział, a deprecjonujący PiS: stopniowanie wolności; taktycy PO, podobnie jak prof. Brzeziński w czasach zimnej wojny, na linii USA-ZSRR, odwrócili bieguny podziału politycznego (zmodyfikowali treść polaryzacji politycznej, zmienili jej przestrzeń); – Polska liberalna, Polska totalitarna. PO jedzie na tym paliwie do chwili obecnej.
W polityce trzeba mieć wizję, dysponować wyobraźnią rozwoju procesów politycznych, tymczasem lewica w Polsce, jak na razie nie ma pomysłu na zagospodarowanie własnego zaplecza społecznego, które jest szerokie; biorąc pod uwagę istniejące podmioty polityczne, chyba najszersze.



Roman Mańka
Trwa ładowanie komentarzy...