Zjednoczona Europa, a sprawa polska

Różnica pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską polega na tym, że w pierwszym przypadku wspólne państwo zbudowali migranci, przede wszystkim z Europy, zaś w drugim, chcą to uczynić tubylcy. Paradoksalnie europejczykom dużo łatwiej byłoby stworzyć struktury sprawnego państwa federacyjnego poza Europą. Być może za ileś lat zrobią to w Europie przybysze z Azji bądź Afryki, ale rdzennym mieszkańcom kontynentu, będzie trudno.

Im bardziej oddalamy się od terenu pochodzenia, tym silniej rośnie w nas tendencja do generalizacji, która jednocześnie redukuje znaczenie obciążeń etnicznych: często ludzie którzy przyjechali np. z Krośniewic do Warszawy, powiedzą że pochodzą z Kutna albo z woj. łódzkiego; gdy z kolei wyjadą do Niemiec, zadeklarują że są z Polski; kiedy natomiast przeprawią się przez Atlantyk do Ameryki, indagowani o proweniencję odpowiedzą, że przybyli z Europy, etc. Niemiec czy Rosjanin bliżsi będą Polakowi poza Europą niż na Starym Kontynencie. Doświadczenie dalekości tłumi nacjonalizmy, łagodzi etniczne podziały, przybliża ludzi do siebie.
Jest pewnym precedensem historycznym, że tak naprawdę wspólna Europa, w formule państwa federacyjnego, została zbudowana już 238 lat temu (w 1776 r.), ale poza Europą, w Ameryce Północnej. Nie dokonali tego Indianie czy inne ludy ortodoksyjne, lecz epigoni kolonialistów. Dlatego z historiozoficznego punktu widzenia, Unia Europejska jest projektem spóźnionym o ponad co najmniej 200 lat. Na Starym Kontynencie tendencje integracyjne, przejawiające się w dążeniu do tworzenia ponadnarodowego państwa, dochodziły do głosu od dawna, czy to w konwencji uniwersalistycznych wysiłków Kościoła, czy wojen i podbojów, czy w postaci ideologii łączących narody, jednak zawsze formuła zjednoczeniowa kończyła się fiaskiem; przekreślały ją podziały i waśnie etniczne, czyli to wszystko co można nazwać destabilizatorem narodowościowym, stabilizującym sytuację jedynie na krótką metę. Z punktu widzenia historiozofii uprawnione jest mówienie co najwyżej o tempie destabilizacji, nie zaś stabilizacji.

Nierównomierne przyspieszenie

Dlaczego należy się integrować? Podczas światowego kryzysu gospodarczego ukuto nazwę „Europa dwóch prędkości”, dla uwypuklenia polaryzacji oraz dystansów społeczno-ekonomicznych: bogata północ i biedniejsze południe; rozwinięte państwa starej Unii (post EWG-owskie) oraz postkomunistyczne kraje środkowo-europejskie; zamożniejsze metropolie, a w kontraście do nich, uboższa prowincja. Ale na termin „Europa dwóch prędkości” można spojrzeć również z innej strony, w sposób mniej konkretny (ekonomiczny), natomiast bardziej filozoficzny: poszczególne wymiary w których toczy się życie społeczne, nie pędzą z równą prędkością; ekonomia wyprzedziła politykę, która jest spóźniona co najmniej o pół wieku; inna z ważnych dziedzin, kultura, również nie nadąża za przyspieszeniem gospodarczym.
Dawniej było odwrotnie. To polityka torowała drogę, przecierała szlaki poprzez wojny, rewolucje, i podboje, dla pozostałych dziedzin. Później, tym samym śladem, podążała gospodarka, wymiana handlowa oraz nowe rynki, zaś na końcu pochodu historii szła kultura.
Cechą współczesności jest przyspieszenie. W różnych wymiarach wiele rzeczy dzieje się jednocześnie, ale nie zawsze, równolegle; przestrzenie emancypacyjne nie pędzą z jednakową prędkością. Jak napisał prof. Grzegorz Kołodko w książce Wędrujący świat: „rzeczy dzieją się tak jak się dzieją, ponieważ wiele rzeczy dzieje się naraz”. Globalizacja przewartościowała politykę, właśnie stąd wynika konieczność (nie potrzeba) integracji, gdyż jest to jeden ze sposobów przeciwdziałania kryzysom, globalnym kataklizmom. Ludzkość musi stworzyć polityczne narzędzie do zapanowania nad żywiołami ekonomicznymi.
Być może w przyszłości Europę, a także świat, czeka integracja dalej posunięta, nie ograniczająca się jedynie do państw kontynentalnych, co pociągnie za sobą powstanie imperium globalnego, o charakterze sieciowym, i upadek państw narodowych; o czym pisali Antonio Negri oraz Michael Hardt w książce pt. Imperium. Na razie to tylko futurologia.

Gdzie jest centrum świata?

Ataki na World Trade Center oraz wielki kryzys gospodarczy, w tragiczny, a zarazem niezwykle spektakularny sposób, obwieściły koniec starego świata i początek nowego; zakończyła się era polityk lokalnych. Mimo to Europa tkwi dalej w archaicznym, stereotypowym myśleniu, wyrażającym się w patrzeniu na świat przez pryzmat szlaku Kolumba, wyznaczonego w 1492 r. To już nie obowiązuje; ten kierunek aliansów politycznych, transferów gospodarczych czy dyfuzji kulturowych, nie jest mainstreamowy, – kurs euroatlantycki już nie stanowi dominującego nurtu relacji międzynarodowych, za sterami świata nie stoi Krzysztof Kolumb. To se ne vrati!
Centrum świata było zawsze tam, gdzie zachód spotyka się ze wschodem, jednak obecnie ten punkt nie znajduje się na Atlantyku lecz leży, – na Pacyfiku; to właśnie tam przebiega główny korytarz wymiany handlowej, a co za tym idzie, również relacji geopolitycznych. Europa znalazła się na peryferiach, bo nie zrozumiała ducha czasu, nieprawidłowo (i za późno) antycypowała konsekwencje globalizacji, przeliczyła się, uważając, że Stany Zjednoczone, politycznie i ekonomicznie, będą obecne na Starym Kontynencie, zawsze. Mamy do czynienia z kolejną falą izolacjonizmu amerykańskiego, co wtórnie rozzuchwaliło Rosję, a co widzimy choćby ostatnio na Ukrainie.
Amerykański politolog oraz publicysta, pochodzenia indyjskiego, Fred Zakaria, przewiduje, w The Post American World, szybkie skruszenie potęgi Stanów Zjednoczonych, jak również całego zachodniego świata. Chińczycy zawsze głosili historyczną incydentalność euroatlantyckiej supremacji. Ich zdaniem, ostatnie 200 lat, gdy centrum świata znajdowało się na osi Europa – Stany Zjednoczone, było jedynie epizodem. Nawet etymologia i semantyka wskazują na centralność Państwa Środka.
Innego zdania jest George Friedman, geostrateg oraz ekspert wojskowy, doradca czołowych dowódców amerykańskich sił zbrojnych. Zwraca on uwagę na kapitalny argument, aspekt geostrategiczny: podstawy potęgi Stanów Zjednoczonych widzi w geopolitycznym położeniu, a zwłaszcza swobodnym dostępie do obydwu oceanów. Amerykanie mogą zdywersyfikować gry polityczne, a także gospodarcze, w zależności od własnych interesów, kalkulacji geostrategicznej; orientować się albo na kurs atlantycki, albo pacyficzny. Niestety Europa nie ma identycznego komfortu manewru.

Federacja albo dezintegracja

Zbankrutowała wizja „Europy ojczyzn”, rzeczywistość obnażyła tę enigmatyczną, kompromisową formułę. Europa może zaistnieć jako państwo, jedynie w postaci pogłębionej federacyjności, to z kolei będzie trudne do zrealizowania, z powodu obiektywnych napięć etnicznych; na typ polega tragizm sytuacji europejskiej. Musiałyby powstać czytelne struktury oraz instytucje: wspólne społeczeństwo, w miarę homogeniczna kultura, przejrzyste centrum decyzyjne, a nie coś tak enigmatycznego jak Brukselska biurokracja, niezdolna do generowania szybkich decyzji oraz zręcznej, skutecznej polityki. Kryzys ukraiński, trochę mimochodem, obnażył europejską degrengoladę, pokazał, że w zderzeniu z Rosją, Europa jest bezradna; nie po raz pierwszy zresztą i chyba nie ostatni. Ważną wskazówką, którą warto zważyć, jest też sposób traktowania wyborów do parlamentu europejskiego przez poszczególne państwa Wspólnoty, – jako coś drugorzędnego, o nieistotnym znaczeniu. To wiele mówi o jakości europejskiej integracji.
Unia Europejska me sens jedynie w jednolitej konwencji państwa federacyjnego. Inne mutacje integracji z góry skazane są na fiasko. Prezydent Stanów Zjednoczonych, dalej pyta się o nr telefonu do prezydenta Europy: połączcie mnie z prezydentem Europy! Kto personalnie jest przywódcą Unii Europejskiej?
Europa źle buduje swoje fundamenty, obowiązujący sposób podejmowania decyzji, o znaczeniu kontynentalnym, jest wyjątkowo nieudolny. We Wspólnocie pełno jest bałaganu oraz asymetrii. Poszczególne ośrodki instytucjonalne nie korespondują ze sobą. Nie ma widoków na pogłębienie integracji; przeciwnie: pojawia się podział na starą Europę (bogatszą) oraz całą resztę. W ten sposób Europy nie zbudujemy, na coś trzeba się zdecydować: albo państwo federacyjne, albo niezintegrowane państwa narodowe.
Procesy globalizacji przebiegają wielokierunkowo, z jednej strony homogenizują, ujednolicają większe całości; z drugiej zaś, lokalizują i dywersyfikują polityki. Na poziomie bardzo ogólnym uwidaczniają się trendy działające na rzecz łączenia, jednak na dole to zjawisko wygląda w wielu miejscach inaczej, jako precedens idący w drugą stronę: aktywizują się dążenia separatystyczne, np. w Belgii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii; nawet w Niemczech czy Polsce. Musimy uważać, aby w ferworze integracji nie zatracić narodowej tożsamości, dziedzictwa kulturowego.


Szanse dla Polski
Polscy politycy uczyli się geografii na podstawie map, nie globusów, stąd w polskiej polityce zagranicznej dominuje myślenie płaskie, zorientowane na jeden euroatlantycki horyzont. Nie potrafimy konstruować globalnych geostrategii, zorientowanych na zdywersyfikowane geopolityczne kursy oraz aktywność w wielu obszarach świata. Bezalternatywne koncepcje są jednocześnie destruktywne i uwsteczniające. Musimy zmienić sposób postrzegania świata, a przede wszystkim, przepozycjonować miejsce Polski na arenie międzynarodowej. Weźmy do ręki globus, a następnie popatrzmy na kulę ziemską z różnych stron.
Względny rozwój Polski ostatnich 25 lat był efektem wyjątkowo korzystnej koniunktury geopolitycznej. Tak zawsze nie będzie! W roku 1989 udało się uchwycić wiatr historii w dobrze ustawione żagle, jednak dziś potencjał kursu euroatlantyckiego nie jest wystarczającym „paliwem”; trzeba szukać innych horyzontów oraz nisz polityki międzynarodowej, aktywizować działalność na różnych obszarach: nie wolno ignorować wschodu, nie dostrzegać siły przyspieszenia gospodarczego Chin i Indii, zapominać o Ameryce Południowej oraz Afryce. Trzeba też budować własne stronnictwo (lobbing) w ramach Unii Europejskiej, kontynuować dobrosąsiedzką współpracę z Niemcami, immunizować się na szowinizm i ksenofobię, ale jednocześnie rozszerzać wewnętrzne grono naszych europejskich aliantów; poprawić relacje z Rosją. Działać tak, aby Polak miał kiedyś szansę zostać prezydentem zjednoczonej Europy.
Polska nie posiada kapitału immanentnego: konkurencyjność pracy powoli się wyczerpuje, innowacje są na bardzo niskim poziomie, infrastruktura jest słaba; w coraz większym stopniu dają o sobie znać ryzyka demograficzne oraz energetyczne,– powstanie elektrowni atomowej czy ewentualność wydobywania gazu z łupków, stanowią niepewne, mgliste perspektywy.
Mamy tylko kilka szans na lepszą przyszłość, doścignięcie świata oraz Europy: uwolnić gospodarkę poprzez poszerzenie obszaru wolności życia gospodarczego, przy jednoczesnym wycofaniu państwa z gospodarki (nie przeszkadzać); postawić na mobile społeczeństwo, które jest jednocześnie wolnościowe, multikulturowe, pluralistyczne, a przede wszystkim, ze wszech miar, – obywatelskie; zdecydowanie poprawić jakość wykształcenia, oraz, co chyba jest najważniejsze, mądrze wpisać się w procesy globalizacyjne, w kontekst gier międzynarodowych – Unia Europejska musi pozostać kluczowym elementem naszej geostrategii, ale nie jedynym, i nie bezalternatywnym.

Roman Mańka
Trwa ładowanie komentarzy...